10.08.2015 21.00 w porywach 22.00 (brak komórki - została w trójmieście, brak czyli zegarka:))
Pierwszy dzień w Warszawie minął prawie jak w Mławie u
Osieckiej! Czyli błaganiem nieba na rozstąpienie i zesłanie cudu, by zabrał
mnie z powrotem do trójmiasta. Koszmar zaczął się już w nocy z niedzieli na
poniedziałek, gdy Droga krajowa nr 7 (pięknie opisana w książce o tymże tytule)
zajęła nie 3-4, ale 6 godzin. I to nie licząc przerw na stacjach benzynowych! W
biegu i na wybiegu: zapiekanki ze Statoil dobre, ale te z Lotosu - no cóż. A
może to zmęczenie nie pozwoliło mi się nimi w pełni rozkoszować, bo
dojechaliśmy za Ostródę dopiero o 24. Następnie po pierwszej przywitała mnie
Wola bardzo głośno: wszak wszyscy chcą pod oknem wykrzykiwać coś, czego
powtórzyć lepiej nie będę próbować!:) Budząc lokatorów taszczeniem ciężkiej
walizki (z książkami i laptopem), plecaka i siatek ikeowskich (z prowiantem)
zorientowałam się, że rzeczy do ubioru zostały w Sopocie:) Tak więc w tym, co
przyjechałam byłam dzisiaj w pracy. Ale nie wyprzedzajmy faktów!
Poranek szybko przyszedł - ledwo zdążyłam przyłożyć głowę do
poduszki a to już 7ma! Budzik nie musiał dzwonić, skwar lejący się z nieba
wystarczająco zerwał mnie z łóżka. Nie obyło się niestety bez kawy do śniadania,
czego zwykle nie praktykuję, bo pierwsza kawa o 10tej smakuje najlepiej
(i daje
okazje do wstania zza biurka, więc już te pare sekund sportu dziennie mam
zaliczone!)
Po śniadaniu, które jechało ze mną przez .... godzin w
korku, ale które jeszcze się nie rozkładało (babcine jagody, węgorz wędzony
wywieziony z imprezy u rodziców, sałata rukolopodobna drugiej świeżości i pycha
chleb gryczany (polecam młyn w Lipuszu!) z miodem z Grecji (polecam wyspę X,
której nazwy nie wymienię, bo będzie oblegana przez turystów, zamiast - jak
teraz - spokoju i ciszy:)), wszystko w asyście oliwy z orzechów włoskich i
pestek dyni!), skierowałam się do firmy S. na staż.

W niespełna 7 minut, prawie
zlana potem (dobrze w tym momencie, że moja termoregulacja jednak nie działa
dobrze:)), stawiłam się w wycackanym holu firmy. Od razu zostałam przekazana na
pierwsze piętro, gdzie dostałam kartę wstępu i ściągę z imionami i nazwiskami
współpracowników (na szczęście również z fotografiami - uprzedzili fakt mojej
tragicznej pamięci do Imion:)). Ale dobrze! Dostałam nawet laptopa, ale bez
internetu, więc wszystkie te wspominki piszę po powrocie do domu, kolacji i
pracy dla Gdańska (zlecenie wciąż robię....).
Z utęsknieniem czekałam na lunch i typowo korporacyjne
"dbanie" o pracownika. Z lekkim sarkazmem - sama (wszak monitorzy nie
jedzą, nie piją, tylko??....??) poszłam na stołówkę. Świeciła pustkami, więc
początkowo w moje myśli wkradł się chochlik i mówił, że tu arszenik podają (co
byłoby możliwe w firmie farmaceutycznej:)). Jak dobrze, że go nie posłuchałam!!
Danie okazało się
a) tanie (5,40zł!!!)
b) duże (zupa 300 mL, kotlet 250g, ziemniaki 80g, sałatka
100g, fasolka 50g, lody magnum extra 4zł:))
c) sycące (mniami krem z marchwi z grzankami, sezamowy
kurczak, sosy pomidorowo-oliwne, dużo przypraw do dyspozycji, różnego rodzaju
oliwy - raj!:))
d) w miłym towarzystwie (na linii smsowej z Maćkiem i
Mamą;))
Wyszłam pozytywnie zaskoczona i zaszedłszy jeszcze po kawę Z
EXPRESU (a nie napój kawopodobny, do którego mnie uczelnia i inne moje miejsca
pracy przyzwyczaiły), wróciłam na 3 godzinki pracy.

Staż okazuje się naprawdę wymagający, więc po w początkowej
kolejności podskoczyłam kupić sobie chociaż trochę ciuchów na ten tydzień
(wszak, jak mówiłam, walizka z ubraniami została w Sopocie:)), kawę w Costa --
late mrożoną, którą ostatnio się zachwyciłam, a która pomaga przetrwać
warszawskie upały. Po krótkiej przebieżce po złotych tarasach, gdzie nie mogłam
tańszego niż Mohito sklepu znaleźć, gdzie ludzi full (ciekawe co oni w
poniedziałek o 17tej robią w centrach??!! Przecież wszyscy NIE MOGLI zostawić
swoich walizek w domach??!!), wyszłam na skwar i rzuciwszy okiem na pałac k.
(wszak nie mogę powiedzieć, że nie zwiedzałam Warszawy, jak miałam ku temu
okazję:)) i czym prędzej wróciłam do tymczasowego mieszkania. Zakupy w super
zaopatrzonej stokrotce lub innym kwiatku, gotowanie, kolacja i nagle dzień się
skończył. Co tu kryć? Nigdy po 20tej staram się nie pracować, ale ostatnio
coraz gorzej to wychodzi, zasiadłam więc ZNOWU (ukłony dla Adminów i innych
komputerowców :D) do komputera i pracowałam dopóty, dopóki oczy nie odmówiły mi
posłuszeństwa (czyli krótko :) ). Drugi dzień w Warszawie zapowiadał się
excytująco (upał, praca, upał), więc z niecierpliwością zasnęłam, czekając co
też następny dzień przyniesie! I się nie zawiodłam! cdn.....