wtorek, 22 września 2015

Na pewno powiedział to ktoś mądry....

Koniec jest dopiero początkiem!
Tak, te słowa nie są mojego autorstwa, ale bardzo trafnie prezentują ideę tegoż postu. Otóż jestem jedną nogą na Tym Szanownym Blogu, a drugą na Szanownym Angielkim Blogu. Rozdwojenie jaźni dało się ostatnio we znaki i tylko zaprzestanie (mniemam, że chwilowe) jednego z nich pozwoli w pełni cieszyć się dobrociami drugiego.
Dlatego na obecną chwilę zawieszam prosty i banalny język ojczysty (oczywiście z tą prostotą i banalnością przesadziłam, a moja dysleksja wychodzi zapewne w każdym zdaniu!) na rzecz języka użytkowego więszej części Świata --- czyli przerzucamy się na angielski.
Zapewne płynność przesłania w innym języku będzie początkowo zaawoluowana, ale postaram się tak podszkolić, by moje wywody nabrały większego szensu również po angielsku! Dlatego - żegnam Tutaj i Witam Poniżej!
Owocnej lektury:)

https://foto705.wordpress.com/



środa, 16 września 2015

Dwie strony bezsenności

Nie wiem, czy to alergia na podróże, ale po ostatniej przeprawie przez pola, lasy, góry i jeziora do Białegostoku, czuję się rozbita. Nos spać mi nie daje, gardło boli, mięśnie słabe. Drobna bezsenność natomiast mi się wyjątkowo przydała! Podjechałam nad morze - dzięki temu, że była 5:45 parkingi były niemal puste! Ale to nowość, niemal niespotykane w ciągle zatłoczonym Sopocie.
Na molo doszłam od Atelier, gdzie na plaży powstały pierwsze moje dzieła fotograficzne. Na molo natomiast próbowałaM oddać ciszę i spokój, które czułam (oprócz tego, że poczułam zapach kawy i nagle bardzo mi się jej zachciało!). Również podpatrzone sytuacje czyli:

> trzech mężczyzn "dzień po" (tak mi się wydaje... trzymali dużą butelkę wody wysokozmineralizowanej, czy na kaca?? :)) i trzy flagi.
> mewa lecąca prosto na mnie (aż "Ptaki" mi się przypomniały i niemal nie upuściłam aparatu!)
> symetria masztów łódek odbijająca się od tafli wody
> zdjęcia robione dwoma aparatami (nieraz "głupawka" poradzi sobie lepiej z nagłą sytuacją niż aparat manualny)

Z tego wszystkiego utopiłam w morzu chusteczki. Przepraszam za zaśmiecanie! Niestety chusteczki były mi niezbędne - mój niesłabnący katar nasilił się jeszcze bardziej nad morzem - dlatego bez nich niewiele mogłam dalej zdziałać.
Wróćiłam więc do domu, akurat na 7mą. Po wiadomościach (ach! Naprawdę nie wiem, co w tej Europie się dzieje.....) i jajecznicy (z cukinią, fetą i pietruszką) mogłam spokojnie oddać się pracy! Taki poranek z jednej strony mógł się skończyć źle (mogłam rzucać przekleństwami CZEMU nie mogę spać, a jednak wstałam mimo zmęczenia i nie żałuję!), ale zawsze jest druga strona medalu! Czyli widocznie tak miało być  bylebym mogła dzisiaj odespać..... :)


p.s. ja nie wiedziałam, ale jak kliknie się na zdjęcia, to się powiększają:) Mam nadzieję, że chociaż jedno mi wyszło dobrze! ;)














wtorek, 15 września 2015

20:00 September!

Godzina 20:00 w lato o tej porze byłam na spacerze przy blasku słońca. Dzisiaj natomiast o tej porze mogę się ogrzewać jedynie płomieniem świeczki. A jest to ogień naprawdę krzepiący! Niegdyś - ach, jakby to było lata świetlne temu! - metodą na medytację było właśnie skupienie wzroku na migoczącym płomieniu długiej świecy (a może nadal tę technikę się stosuje?). Niestety w moim przypadku nie odniosło to większego rezultatu. Co najwyżej - skończyło się zdmuchnięciem świecy z taką siłą, że wosk zalał półki od szafy i musiałam sprzątać po nieudanej "sesji medytacji".




Teraz żyję uważniej, nadal nie umiem medytować, ale rozkoszuję się chwilami w domu, kiedy to mogę oddać się moim pasjom: gotowaniu, fotografii i pisaniu. Wszystkie na raz zastosowałam teraz, gdyż: jem pyszne penne z suszonymi pomidorami, serem kozim i avocado, fotografuję remont budynków na zewnątrz (przepięknie oświetlone! Aż party chciałoby się tam urządzić!!) i piszę bloga. 
Niestety moja wielozadaniowość nie chce się schować w kąt, dlatego dzisiejszą wenę uważam za:
a) bardzo udaną kulinarnie
b) umiarkowanie udaną fotograficznie
c) trudno-ocenić udaną piśmienniczo!

Dzisiaj w jednym z liceów przerabiano Wesele - i nawet przebierano się "ludowo"! Takiej werwy szkole sopockiej niech zazdroszczą inne szkoły! :) Mała dygresja ,że - jak się chce, można nadchodzącą jesień przywitać radośnie i nie czekać tylko na jesienną depresję, bo jak będziemy czekać - to przyjdzie. Lepiej odgonić od siebie czarne myśli i z blaskiem świec w oczach, poddać się mijającym dniom! Nie jest to zawsze łatwe, ale możliwe! Polecam oddanie się swojemu hobby - chroni od Alzheimera, Parkinsona i depresji, czego chcieć więcej??!! ;)


Jednym słowem Natalia znalazła dzisiaj "lek na wszystko" i wszem i wobec ogłasza siebie jako kandydata do najbliższego Nobla z dziedziny szerokopojętej informacji ze świata!

poniedziałek, 14 września 2015

Spontany w cenie!

Weekendową eskapadę na Podlasie nie opatrzę żadnymi zdjęciami, gdyż chaotyczność ostatnich dni sprawiła, że zapomniałam aparatu. Niemniej mam nadzieje, że moje iście Tolkienowskie opisy (ok, trochę mniej soczyste, w języku polskim i - mam nadzieję - trochę mniej skomplikowane:)) oddadzą piękno miejsc, które miałam przyjemność zobaczyć.

Po męczącej podróży PKP na trasie Sopot-Białystok  (czy szanowne Państwo nie może chociaż zapewnić Warsu na tej długiej trasie??!!) marzyłam tylko o spacerze. 8 godzin w pozycji  na pół siedzącej na pół przyciśniętej barkiem Podróżnika zajmującego miejsce obok, robi swoje! Nawet paru godzin nie mogę wytrzymać w bezruchu, co dopiero całej trasy! Korytarze zajęte, więc o "spacerkach" nie było mowy. Pogoda niemniej wynagrodziła mi trudy i znoje podróży i zza chmur wyszło piękne, jesienne słonko. Dlatego z uśmiechem na ustach skierowałam się na starówkę w Białymstoku. Już powoli zaczynała być ona przystrajana na Dni Kultury Narodowej czy Spuścizny Europejskiej czy z jakiejś takiej okazji (którą bardzo popieram!!). Stoiska uginały się pod ciężarem sękaczy, kiszek ziemniaczanych i babek, co mój stargany pociągiem (i tylko suchym prowiantem - dziękuję Wujku za wołowinę suszoną, była jak znalazł!!:)) odczuł dobitnie i zasygnalizował, że trzeba pomyśleć o czymś ciepłym do jedzenia. Zwykle na miejsce posiłku w Białym wybierałam super restauracyjkę na uboczu, ale tym razem moją uwagę przykuł piękny lokal (lokowanie produktu konieczne!) Tokaj, serwujący węgierskie przysmaki! Naprawdę nie mogłam oderwać wzroku od karty menu, gdzie królowały - nietypowe dla nas - kasztany pod różnymi postaciami oraz ostre paprykowe gulasze. Na przystawkę zaserwowany został słony chleb z ostrą pastą paprykową - już ta zakąska sprawiła, że poczułam się jak w Hiszpanii! Tapasy do wina wskazane. Na pierwsze danie zamówiłam zupę rybną - nawet przepalone leczo podniebienia wileńszczaków stwierdziłyby że jest niezmiernie ostra. Ale również smaczna! Drugie danie zatem należało wybrać coś na contrario ostrości- i tak wybrałam przepysznie zrobioną kaczkę z fasolką, grzankami, orzechami włoskimi i kasztanami - było wyśmienite, następnym razem też wezmę! Na deser nie starczyło miejsca, ale następnym razem kasztany z rumem i bitą śmietaną będą moim pierwszym wyborem (po kaczce:D)! Oniemiała, zapragnęłam jechać na Węgry, skoro tak tam karmią!!! I do tego ceny nie takie złe (co do niektórych dań oczywiście:)). Tak pięknie zakończyłam piątek. Co działo się potem? Wytrącona długą jazdą i winem - nie pamiętam :)

Sobota również przywitała nas słońcem, dlatego skierowaliśmy się w plener. Na początku kawa w Białymstoku, a potem - Śliwno! Kto by przypuszczał, że będę pracowała kiedyś na tratwach! I jeszcze sama je (no dobra.... z pomocą;)) obsługiwała! Rewelacyjna sprawa, polecam wyprawę. Aż mnie żal ściska, że jednak nie mam z tego wyjątkowego miejsca fotografii, ale posilę się Google - przepraszam za użycie, ale trzeba to fotograficznie udokumentować! Takie widoki, super przeprawa i doborowe towarzystwo. A jeśli jechać wieczorem, można nawet zachód słońca w altance oglądać przy wtórze świergoczących ptaków i rechocie żab. Tę przyjemność zostawię sobie na następny raz!

http://www.ciekawepodlasie.pl/info.htm

http://parknarodowy.cba.pl/narwianski-park-narodowy/

Kto mówił, że w 1.5 dnia nie można zwiedzić chociaż trochę Podlasia, będąc z Trójmiasta, ten przegrał! Naprawdę jest to możliwe, czego dowodem jestem ja!


Zachęcam do krótkich krajoznawczych wypadów po Polsce, gdyż mamy naprawdę piękny Kraj, którego czasem nie doceniamy!!

wtorek, 8 września 2015

Przeprowadzki i zwiędłe słoneczniki

Niestety nie uniknęłam kolejnej przeprowadzki! A już myślałam, że przeszłam samą siebie z kartonami w czasie kursowania do Warszawy, a jednak można być lepszym! Nie spodziewałam się, że będę chciała ją przeprowadzić w tempie przyspieszonym- a jednak! Czyli przydźwiganie całej makulatury, która będzie stanowić czas wolny mojego najbliższego okresu (3 miesiące to minimum....). Nie wiem, jak pogodzę czytanie Tego z prowadzeniem bloga - zawsze to drugie będzie wygrywało walkowerem (jak i teraz!). Ach, chyba w swojej głowie referendum za i przeciw urządzę! Teraz to jest w modzie!

CV podrukowane, samochód wyczyszczony, więc mogłam od dzisiaj w pełnej klasie (może nie pełnej, bo w dżinsach:)) pojeździć po Gdańsku za ofertami. A myślałam, że to one za mną będą gonić! No nic... Widocznie jest jak w pewnej ważnej złotej myśli: W Polsce nie ma pracy dla ludzi z moim wykształceniem! :D


Pozdrawiam serdecznie wśród usychających z tęsknoty za ciepłem, słoneczników! Oraz ze wspomnieniami niedzielnej wyprawy do Torunia i pysznej i romantycznej atmosfery w jednej z tamtejszych restauracji! (Gorąco polecam!). 




niedziela, 6 września 2015

Deszczowe, piękne dni!

Piękne, deszczowe dni skłoniły mnie ostatecznie do wydrukowania doktoratu - wszak i tak żadna aktywność podwórkowa nie wchodzi w grę. Sącząc hand-made kawę (ostatecznie Costa Caffe została w Warszawie) w trójmiejskim mieszkaniu, czułam się jak Maria Curie w piwnicy przygotowująca swoje "dzieci" (odkryte pierwiastki oczywiście:)).Przecież ona także zaczynała w warunkach dalece odbiegających od standardów europejskich! Ach, czułam się wyjątkowo widząc jak snopowiązałka wypluwa piękne kartki mojego doktoratu! Nawet przejrzałam kompletność, wyrzuciłam źle wydrukowane strony i w poniedziałek zaniosę do oprawienia! Pięknie zaczyna się wszystko układać:

a) wróciłam na stałe (jak na razie!) do Trójmiasta
b) oddam (mam nadzieję) we wtorek pracę
c) od wtorku zacznę (taki mam na razie plan:)) szukać pracy

Plan jest realizuję go powolutku i tylko czekam na cieplejsze, wrześniowe dni na zaczerpnięcie świeżego powietrza nad brzegiem morza!
           
                                                                             Życząc miłej niedzieli, pozdrawiam Was serdecznie!



wtorek, 1 września 2015

Hurra hurra dzisiaj.... 1wszy!

Dzisiaj pogoda rozpieszcza niesamowicie! Duszno, sucho, gorąco…. Ale bynajmniej nie zacznę od narzekania, więc proszę o wykreślenie powyższych sarkastycznych komentarzy.

Napisać chciałam odnośnie szkoły! Tak, niby 1.09.2015 nic dla mnie nie znaczy, ale dla tysięcy młodych adeptów to naprawdę wielki dzień! Ja poczułam to tylko pustkami w biurze (wszystkie matki i ojcowie na rozpoczęciu roku) i w kawiarni (z czego się cieszyłam, bo znów podwójną porcję dostałamJ. Dodatkowo nawet mi przydzielono pracę domową! Polegała ona na powspominaniu liceum. I – zważywszy na moją wybiórczą pamięć – okazało się, że naprawdę dużo wspomnień z czasów nastoletnich mam w głowie! Dzięki nim przypomniałam sobie, dlaczego jestem tak wielofunkcyjna! Wszak to od czasów liceum mobilizowana byłam do uczestnictwa we wszystkich akcjach typu: wymiana międzynarodowa (jeździłam, bo nie było wtedy lekcji!), ratowanie koni z rzezi (które następnie pomagały przy rehabilitacji dzieci), pisanie gazetki szkolnej (znów mogłam czasem się zwolnić z lekcji na potrzeby wywiadu czy drukowania!) i wszelkie olimpiady i konkursy (to na wiele mi się nie przydało, szczególnie olimpiady historyczne z DAT albo geograficzne….). 

Obecne badania naukowców (na pewno amerykańskich!) donoszą, że jednak wielofunkcyjność nie służy naszemu mózgowi i powinniśmy robić jedną rzecz na raz (a nie prasować, oglądać TV, pisać maile i tym podobne), ale ja i tak jestem wdzięczna mojej szkole za wszystko, co dzięki niej osiągnęłam!


Pracuję obecnie nad trzema dużymi przedsięwzięciami, udzielam się charytatywnie, dbam o zdrowie, ale najważniejsze – poświęcam się bliskim, gdyż to Oni mnie umacniają i dają poczucie misji na naszym ziemskim, obecnie bardzo przegrzanym, Padole! Za to im dziękuję z całego serca!

czwartek, 27 sierpnia 2015

Happy Empty Warsaw

25.08.2015

Początek dnia na kawie na Pradze uważałam za najlepszą część dnia. Jak miło się zaskoczyłam, że los jednak sprezentował mi całkowity, niepowtarzalny dalszodniowy przekrój przez atrakcje! Ale zacznijmy od początku....

Był piękny, czwartkowy poranek. Natalia jak codzień wstała o "nieludzkiej" porze, by w spokoju zjeść śniadanie (jak zwykle 3-daniowe) przy wtórze euronews. Kolejne powodzie, zatopienia i teorie spiskowe sprawiły, że zmieniła szybko kanał - za oknem szykował się piękny dzień i nic nie miało go popsuć. Duży spokój dał jej RMF Classic ( przyp.red. lokowanie produktu niezamierzone - tak jak w całym dzisiejszym poście), więc dojadła kanapki z hand-made-humussem i avocado i wyszła z domu. Poranna Warszawa - jeszcze przed ósmą - nie napawała optymizmem, niemniej dziewczyna przygotowała sobie mnóstwo czasu w zapasie, by transportem bynamniej nie czterokołowym, dojechać na czas na Pragę. Była jak zawsze pierwsza, więc - czekając na czwartkowych, przydzielonym jej na stażu, towarzyszy - skierowała się na kawę. Jedyna otwarta (i w ogóle istniejąca....) na Pradze kawiarnia okazała się Barem Mlecznym. Dziewczyna z rozrzewnieniem czytała menu: naleśniki z serem i śmietaną 5 zł, kawa parzona ze śmietanką 3 zł, schabowy z ziemniakami i szpinakiem 10 zł.... Ostatecznie zdecydowała się tylko na kawę, świeżo po porządnym śniadaniu. Niestety przy kasie okazało się, że zabrakło jej do niej 1zł! A karty oczywiście nie przyjmowano... Pani kasjerka najwidoczniej wstała lewą nogą, nic nie chciała wycofać... Dobrze, że nad "biedną, małą" podróżniczką ulitował się miły Pan, który sam zapewne wiązał ledwo koniec z końcem. Dodał do kawy złotówkę. Jednak zdarzają się jeszcze przyjazne jednostki na tym świecie! Dziewczyna w zamian odlała mu połowę kawy, co przyjął z wdzięcznością.

I tak właśnie minął mój poranek.

A później było już tylko z górki! Zwiedziłam całą Pragę i pobliskie dzielnicę, których nie pomnę aktualnie zajęta sączeniem kawy - tym razem za 9,90 ale zrobioną i podaną z sercem w strefie z wi-fi - i pisaniem tych wspominek. Zdjęcie kawy nie omieszkałam zrobić i przekazać pozdrowienia dla super miłej Pani Dominiki! Wracając do zwiedzanych dzielnic. Natrafiałam na przyjaznych ludzi, całą trasę przegadałam o wszystkim i o niczym z moją "opiekunką", było wprost rewelacyjnie!

Nauczyłam się ostatnio coraz więcej pozytywów widzieć w życiu w Warszawie (bynajmniej MAM słoiki od rodziców, siostry i babć, których też pozdrawiam ;)), ale zew trójmiasta już mnie woła... Śni mi się morze, słońce migające wśród bałwanów fal, odbijające się od okularów "prawie jak R.B.", zapach drinków Wielkopolszczan, który spieszyli z biurowców stołecznych nad morze, by popławić się w sinicach. Ja jestem - Moi Drodzy - teraz u Was i korzystam z Waszej nieobecności! Nie wracajcie, zanim pracy tu nie skończę, bo jeszcze parę rzeczy zostało mi do zobaczenia i opisania! :)

                                                                                                              Adios Natalie

Krótka foto relacja - zdjęcia proszę dopasować do opisu u góry wg uznania:)









wtorek, 25 sierpnia 2015

Deszczowa Warszawa

Co robię jak jestem chora?

a) sprzątam
b) udaję, że nie robię nic, a w rzeczywistości ogarniam dużo
c) wymyślam zadania w pozycji siedzącej, by za dużo nie leżeć

Jeśli chociaż raz odpowiedziałaś/odpowiedziałeś twierdząco to znak, że naprawdę trzeba Cię objąć specjalną troską. I to nie koniecznie związaną z obecnym stanem grypopodobnym, ale z ogólną psychiczną naleciałością naszych czasów czyli: NieDawaniuSobiePrawaDoRelaxu.

Ach! oby to mi przeszło, bo już nie ta grypa sama w sobie mnie rozkłada, ale fakt, że trochę należy i wypadałoby odpuścić. Na razie odwołałam kino i to już moje małe zwycięstwo (chociaż dwa razy przemyślałam sprawę, bo z seansem wiązała się DARMOWA degustacja Smaków Pragi....). Poza tym dostałam zaszczytne zadanie podlewania mimozy (naprawdę ciężka instrukcja, wie ten kto sam to doświadczył!) i poinstruowania nowego współlokatora o zasadach mieszkaniowych (ale będzie miał ze mną ciężko ;)).

Na gazie tli się lekko rosół, za oknem iście szklana pogoda, a słowa same garną mi się na papier, dlatego za moje wczesno-wirusowe (albo po-wieczoro-panieńskie, gdyż członkiem zdarzyło mi się być w ten weekend) z góry przepraszam, niemniej życzę dużo zdrowia Wszystkim Wam w ten czas zmieniającej się aury!                                                                                      

                                                                                                                                           
   













                                                    Natalie

czwartek, 20 sierpnia 2015

Warszawy odsłon kilka

Dzisiejszy wpis zainspirowany został wczorajszym pokazem filmowym nad Wisłą. Okazało się, że film (Tajemnice Filomeny) widziałam, więc mogłam się bez skrępowania oddać fotografowaniu otoczenia, bez konieczności dokładnego śledzenia fabuły. Mój zmysł wzroku się wyostrzył, czułam się jak lwica szykująca się do skoku  - co by tu uwiecznić, gdzie pstryknąć, by było dobrze, ale bez tandety, co by tu objąć szczególnym zainteresowaniem....
I tak narodziła się poniższa sesja zdjęciowa.
                                  


Prolog
Chluba warszawska z innych (zgoła niezupełnie chlubnych) perspektyw - czyli o Pałacu Kultury słów kilka

 

































Akt pierwszy
O, Noco, dnia poro złota, zakryj proszę to, czego oko ludzkie nie powinno widzieć!










Didaskalia

Oda do czwartkowego lunchu za 5,40 polskich złotych.....

 (zdjęcia brak, gdyż byłam zajęta jedzeniem - nauka Babci nie poszła w las! Przy jedzeniu rozmawiamy o jedzeniu:)).

                                                                                      Miłego weekendu Wam życzę!!!!!!!!!

                                                                       


wtorek, 18 sierpnia 2015

Ogłoszenia parafialne

Kochani,

Dobrze, że zwrócono mi uwagę, że miałam zablokowaną opcję dodawania komentarzy!
Zostało to poprawione, tak więc komentujcie na zdrowie!! :):):)
   

Happy BDAY and New York!

18.08.2016 godzina wczesnowieczorna (około 20-21)

Dla Siostry - dobrze, że zdjęcia kwiatów Ciebie nie uczulają!
Dzień urodzin Siostry postanowiłam uczcić (Forevoer alone :D) w parku Szymańskiego na ulicy Moczydło. Dlaczego właśnie tutaj? Otóż poruszyła mnie dziwna warszawska koincydencja, a mianowicie 500m obok jest Park Moczydło. Dlaczego zatem ulica w parku pana Esz zyskała to miano? Zagadki nie rozwiązałam i na razie nic nie wskazuje na jej rozwiązanie. Ale popytam ławkowiczów.
A jednak! Nie nadaję się na detektywa... Okazuje się, że rozwiązanie podała mi już pierwsza zapytana osoba - pozdrawiam panią w pięknych, rudych warkoczach Pipi!! Otóż ulica cała nosi nazwę Moczydło, a w jej obrębie są aż dwa parki! Ach i to tyle zagadek na dzisiaj.
 Z poczynionych dalej obserwacji mogę przytoczyć również niezaprzeczalny fakt BRAKU ścieżek rowerowych, którymi tak szczyci się Warszawa. Byłam, zobaczyłam, nawet WYPRÓBOWAŁAM i co? 2 km trasy w "mojej" dzielnicy, a przecie Warszawa jest chyba duża, przynajmniej o ile moja wiedza geograficzna się nie zdezaktualizowała (a raczej nie, wszak to nie było tak dawno... jakieś 15 lat?:)).
Braki ścieżek można nadrobić albo:
a) jadąc wśród pędzących aut, nie uważających na maluczkich na drodze
b) jadąc wśród ludzi na chodniku, co wiąże się z wysłuchiwaniem wylewających się krytycznych uwag typu:
"a wedźże zjedź na ulicę!"
czytać: "Miałam/miałem bardzo ciężki dzień i wszystko mnie wkurza, wszystko jest do dupy, więc muszę gdzieś wylać frustrację")
albo "debilem jesteś czy co??! Tu się nie jeździ!!"
czytać: "Naprawdę nie radzę sobie ze stresem. Te wszystkie poradniki to pic na wodę, a poszło na nie kolejne 30 zł w osiedlowej bookarni. A mogłam/mogłem mieć za to..." [tu wpisać swoją ulubioną potrawę/rzecz, na którą wolelibyście wydać te pieniądze]

Dlatego z jazdą rowerem czekam na przepiękne trasy Trójmiasta! Tam to się można najeździć, a do tego po drodze mijać wiele atrakcji lodowo-gofrowo-bezalkoholowych. A po zejściu z roweru można bez skrępowania zamówić lampkę czerwonego winka i - patrząc na zachodzące nad morzem słońce - zagłębiać tajemnice życia i być otwartym na wszystkie małe przyjemności, które los przed nami stawia. Mamy je na wyciągnięcie ręki, trzeba się tylko zatrzymać, zauważyć, poczuć i wykorzystać!

                                                                                                                                                             CARPE DIEM i ADIOS! 
Ściana życzeń! I marzeń co dla poniektórych! Obyście byli w grupie szczęśliwców, którzy wierzą Co ich uszczęśliwia, bo to już pierwszy krok do rzeczywistego BYCIA SZCZĘŚLIWYM!

czwartek, 13 sierpnia 2015

Szczęściu trzeba pomóc

13.08.2015 [na pewno godzina wczesna (18:00?) bo skwar straszny!]

W urodziny zrobiłam sobie fajrant! Nie obiecywałam wszak, że będę pisać codziennie. A nie będę na pewno bo: 
                  a) nieraz (ostatnio całkiem nieraz) mam co innego do roboty
                  b) nieraz (ostatnio częściej) mam więcej tzw. pracy po pracy ( i nie chodzi                                                 bynajmniej o gotowanie, bo to zaliczam do pasji)
                  c) nieraz (okazjonalnie) po prostu mi się nie chce.

Podpatrzone w pracy motto towarzyszyło mi dzisiaj przez cały poranek: 

Jeśli jeszcze Cię szczęście nie doścignęło to dobrze! To znak wszak, że jest duże i idzie małymi krokami!

A na poważnie.... Albo nie! Po co powaga, powagę będę miała jak się zestarzeję. A nie wiem, kiedy to nastąpi. Zakupiłam (choć staram się nie pomagać w nałogach) dzisiaj koleżance malboro cienkie z zieloną kropką i nawet mnie o dowód spytano! (dziękuję Pani w Żabce! Od razu morale wzrosło poza skale!!). Bardzo się bałam, czy w trakcie wędrówki do sklepu z punktu A do B (200 m) nie zapomnę tej kropki i jakiego ma być koloru rzeczona, bo żar z nieba wypalał sukcesywnie wszystkie świeże połączenia neuronalne (szczególnie te z pamięci krótkotrwałej!!), ale nie pomyliłam się! Jedyna jeszcze dygresja do papierosów: 14.50zł!!?? Naprawdę.... Trzy magnumy! Albo 5 bochenków chleba, albo trzy trzydaniowe dania na stołówce, naprawdę..... Są granice!




Skwar istny, pracować się nie chce/ nie da/ za późno (niepotrzebne skreślić), zjadłabym - jak kiedyś w Madrycie, soczystego arbuza (nawet z ziemi....). Muszę jednak zadowolić się schłodzonym cydrem i wrócić, jak tylko odparuje mi mózg, do pracy.






W poszukiwaniu weny wracam do ratujących niejedno istnienie (no, może przesadziłam....ale na pewno - na razie - bez negatywnego wpływu na jakiekolwiek istnienie:)) wywodów na tematy ściśle tajne przez poufne!

Adiosss pięknego weeekendu życzę!!                                       Trochę wody na ochłodę na koniec:) 

       

  

wtorek, 11 sierpnia 2015

Społem expansion

11.08.2015 wieczór
     
         
 Co autor miał na myśli pozostawiając Społemy? I to w tak unikatowych miejscach jak Wola (na jednej ulicy zidentyfikowałam trzy!) i cały Białystok (albo cerkiew albo Społem przynajmniej 1 raz na ulicę!)? Zupełnie nie wiem, ale o 21 już nie były czynne, więc nawet nie mogłam zweryfikować dostępności produktów żywnościowych tudzież alkoholowych. Zostawiłam więc Społemy w spokoju i ruszyłam na poszukiwanie otwartej restauracji w mojej dzielnicy Warszawy. Lista iście Bridgetowska: 

Zaliczone restauracje 0, Zaliczone kawiarnie 0, Znalezione almost-suhi bary 1, Znalezione telepizze 2.

            Po tak marnym podsumowaniu popołudnia, zrezygnowana wróciłam do OPEN 24H na dobę baro-restauracjo-kawiarni, czyli mieszkania. 

Odżywka białkowa 1, Spagetti z susonymi pomidorami, avocado i serem kozim 1, Orzechy not applicable, Magnum tiramisu 1, Wino czerwone 0.

"Zwiedzając dzielnicę" myślałam czego się nie robi, by nie siedzieć przed ekranem monitora cały czas.Zorganizowane zajęcie musiało się upostaciować, gdyż sprzątanie (jako inne MAST pilnie DU jak jest praca!) odpadło w przedbiegach, gdyż tymczasowe lokum nie jest przedysponowane do przyjęcia mojego, trójmiejskiego rodzaju bałaganu!

Siedzę w Mławie....

10.08.2015 21.00 w porywach 22.00 (brak komórki - została w trójmieście, brak czyli zegarka:))

             Pierwszy dzień w Warszawie minął prawie jak w Mławie u Osieckiej! Czyli błaganiem nieba na rozstąpienie i zesłanie cudu, by zabrał mnie z powrotem do trójmiasta. Koszmar zaczął się już w nocy z niedzieli na poniedziałek, gdy Droga krajowa nr 7 (pięknie opisana w książce o tymże tytule) zajęła nie 3-4, ale 6 godzin. I to nie licząc przerw na stacjach benzynowych! W biegu i na wybiegu: zapiekanki ze Statoil dobre, ale te z Lotosu - no cóż. A może to zmęczenie nie pozwoliło mi się nimi w pełni rozkoszować, bo dojechaliśmy za Ostródę dopiero o 24. Następnie po pierwszej przywitała mnie Wola bardzo głośno: wszak wszyscy chcą pod oknem wykrzykiwać coś, czego powtórzyć lepiej nie będę próbować!:) Budząc lokatorów taszczeniem ciężkiej walizki (z książkami i laptopem), plecaka i siatek ikeowskich (z prowiantem) zorientowałam się, że rzeczy do ubioru zostały w Sopocie:) Tak więc w tym, co przyjechałam byłam dzisiaj w pracy. Ale nie wyprzedzajmy faktów!
Poranek szybko przyszedł - ledwo zdążyłam przyłożyć głowę do poduszki a to już 7ma! Budzik nie musiał dzwonić, skwar lejący się z nieba wystarczająco zerwał mnie z łóżka. Nie obyło się niestety bez kawy do śniadania, czego zwykle nie praktykuję, bo pierwsza kawa o 10tej smakuje najlepiej
 (i daje okazje do wstania zza biurka, więc już te pare sekund sportu dziennie mam zaliczone!)
           
           Po śniadaniu, które jechało ze mną przez .... godzin w korku, ale które jeszcze się nie rozkładało (babcine jagody, węgorz wędzony wywieziony z imprezy u rodziców, sałata rukolopodobna drugiej świeżości i pycha chleb gryczany (polecam młyn w Lipuszu!) z miodem z Grecji (polecam wyspę X, której nazwy nie wymienię, bo będzie oblegana przez turystów, zamiast - jak teraz - spokoju i ciszy:)), wszystko w asyście oliwy z orzechów włoskich i pestek dyni!), skierowałam się do firmy S. na staż.
W niespełna 7 minut, prawie zlana potem (dobrze w tym momencie, że moja termoregulacja jednak nie działa dobrze:)), stawiłam się w wycackanym holu firmy. Od razu zostałam przekazana na pierwsze piętro, gdzie dostałam kartę wstępu i ściągę z imionami i nazwiskami współpracowników (na szczęście również z fotografiami - uprzedzili fakt mojej tragicznej pamięci do Imion:)). Ale dobrze! Dostałam nawet laptopa, ale bez internetu, więc wszystkie te wspominki piszę po powrocie do domu, kolacji i pracy dla Gdańska (zlecenie wciąż robię....).

Z utęsknieniem czekałam na lunch i typowo korporacyjne "dbanie" o pracownika. Z lekkim sarkazmem - sama (wszak monitorzy nie jedzą, nie piją, tylko??....??) poszłam na stołówkę. Świeciła pustkami, więc początkowo w moje myśli wkradł się chochlik i mówił, że tu arszenik podają (co byłoby możliwe w firmie farmaceutycznej:)). Jak dobrze, że go nie posłuchałam!! Danie okazało się
a) tanie (5,40zł!!!)
b) duże (zupa 300 mL, kotlet 250g, ziemniaki 80g, sałatka 100g, fasolka 50g, lody magnum extra 4zł:))
c) sycące (mniami krem z marchwi z grzankami, sezamowy kurczak, sosy pomidorowo-oliwne, dużo przypraw do dyspozycji, różnego rodzaju oliwy - raj!:))
d) w miłym towarzystwie (na linii smsowej z Maćkiem i Mamą;))
Wyszłam pozytywnie zaskoczona i zaszedłszy jeszcze po kawę Z EXPRESU (a nie napój kawopodobny, do którego mnie uczelnia i inne moje miejsca pracy przyzwyczaiły), wróciłam na 3 godzinki pracy.


Staż okazuje się naprawdę wymagający, więc po w początkowej kolejności podskoczyłam kupić sobie chociaż trochę ciuchów na ten tydzień (wszak, jak mówiłam, walizka z ubraniami została w Sopocie:)), kawę w Costa -- late mrożoną, którą ostatnio się zachwyciłam, a która pomaga przetrwać warszawskie upały. Po krótkiej przebieżce po złotych tarasach, gdzie nie mogłam tańszego niż Mohito sklepu znaleźć, gdzie ludzi full (ciekawe co oni w poniedziałek o 17tej robią w centrach??!! Przecież wszyscy NIE MOGLI zostawić swoich walizek w domach??!!), wyszłam na skwar i rzuciwszy okiem na pałac k. (wszak nie mogę powiedzieć, że nie zwiedzałam Warszawy, jak miałam ku temu okazję:)) i czym prędzej wróciłam do tymczasowego mieszkania. Zakupy w super zaopatrzonej stokrotce lub innym kwiatku, gotowanie, kolacja i nagle dzień się skończył. Co tu kryć? Nigdy po 20tej staram się nie pracować, ale ostatnio coraz gorzej to wychodzi, zasiadłam więc ZNOWU (ukłony dla Adminów i innych komputerowców :D) do komputera i pracowałam dopóty, dopóki oczy nie odmówiły mi posłuszeństwa (czyli krótko :) ). Drugi dzień w Warszawie zapowiadał się excytująco (upał, praca, upał), więc z niecierpliwością zasnęłam, czekając co też następny dzień przyniesie! I się nie zawiodłam! cdn..... 





poniedziałek, 10 sierpnia 2015

IN-ter-Blog!

Pomysł Interbloga narodził się w nowoczesnym pociągu linii PKP. Słuchałam właśnie ciekawych przemyśleń trójki Pań (które serdecznie pozdrawiam!) wybierających się na wędrówkę do Gruzji. Spakowane w porządne plecaki, z naręczami książek w bagażu podręcznym, młode, pełne werwy kobiety, zostawiły swoje dorosłe (25+) już dzieci w domu, dorosłych (prawie?) mężów i poddały się z nadzieją stukotowi kół w pociągu na trasie Sopot-Warszawa. Darmowy napój kawopodobny z ekspresu (zaleta podróżowania pendolino! niestety bez czekoladki, wszak to druga klasa) przelały do termosów turystycznych, co by starczyło na czarną godzinę, buty na obcasach i garsonki zmieniły na luźne lniane spodnie i flanelowe koszule i wsiadły do pociągu.

Udając, że całkowicie pochłonęła mnie lektura "Guzów neuroendokrynnych przewodu pokarmowego", chciwie chłonęłam ich opowieści o przygodach, mrożących krew w żyłach spotkaniach lub zapierających dech w piersi widokach. I na trasie Sopot-Ciechanów z tego wszystkiego nawet o krok nie przybliżyłam się do pogłębienia wiedzy onkologicznej (zdołałam przeczytać dwie strony), ale za to utwierdziłam się w przekonaniu, że podróże to moje drugie życie!
Jadąc do przepełnionej atrakcjami - bynajmniej nie potrafiącymi sprostać moim wysublimowanym zmysłom (no, chyba że chodzi o doznania artystyczne w teatrach lub kulinarne w food truckach!) Warszawy, zapragnęłam uciec od zgiełku wielkomiejskiego, zaszyć się w swoim świecie i pisać, pisać, pisać! Na razie zacząć delikatnie przelewać swoje przemyślenia nie tylko na papier pamiętnika, ale również w postaci bloga. Następnie zabrać się za coś większego - książkę ze wspomnieniami, podkolorowaną nieco dla czytelników. Ale po kolei!

Czyli zaczynam od małego kroku, a raczej próby prowadzenia bloga - i Wasze komentarze i sugestie chłonąć będę z otwartym umysłem, gdyż w dużej mierze to, co zamierzam pisać, uzależnione będzie od zapotrzebowania "rynkowego". Oczywiście nie będę obowiązkowo przyjmowała wszystkich sugestii, niemniej na pewno się do nich ustosunkuję (zatwierdzając hipotezę zerową lub odrzucając ją;)).

Tym optymistycznym akcentem chciałabym zacząć moją pierwszą prawdziwą przygodę z INTERblogiem!