czwartek, 27 sierpnia 2015

Happy Empty Warsaw

25.08.2015

Początek dnia na kawie na Pradze uważałam za najlepszą część dnia. Jak miło się zaskoczyłam, że los jednak sprezentował mi całkowity, niepowtarzalny dalszodniowy przekrój przez atrakcje! Ale zacznijmy od początku....

Był piękny, czwartkowy poranek. Natalia jak codzień wstała o "nieludzkiej" porze, by w spokoju zjeść śniadanie (jak zwykle 3-daniowe) przy wtórze euronews. Kolejne powodzie, zatopienia i teorie spiskowe sprawiły, że zmieniła szybko kanał - za oknem szykował się piękny dzień i nic nie miało go popsuć. Duży spokój dał jej RMF Classic ( przyp.red. lokowanie produktu niezamierzone - tak jak w całym dzisiejszym poście), więc dojadła kanapki z hand-made-humussem i avocado i wyszła z domu. Poranna Warszawa - jeszcze przed ósmą - nie napawała optymizmem, niemniej dziewczyna przygotowała sobie mnóstwo czasu w zapasie, by transportem bynamniej nie czterokołowym, dojechać na czas na Pragę. Była jak zawsze pierwsza, więc - czekając na czwartkowych, przydzielonym jej na stażu, towarzyszy - skierowała się na kawę. Jedyna otwarta (i w ogóle istniejąca....) na Pradze kawiarnia okazała się Barem Mlecznym. Dziewczyna z rozrzewnieniem czytała menu: naleśniki z serem i śmietaną 5 zł, kawa parzona ze śmietanką 3 zł, schabowy z ziemniakami i szpinakiem 10 zł.... Ostatecznie zdecydowała się tylko na kawę, świeżo po porządnym śniadaniu. Niestety przy kasie okazało się, że zabrakło jej do niej 1zł! A karty oczywiście nie przyjmowano... Pani kasjerka najwidoczniej wstała lewą nogą, nic nie chciała wycofać... Dobrze, że nad "biedną, małą" podróżniczką ulitował się miły Pan, który sam zapewne wiązał ledwo koniec z końcem. Dodał do kawy złotówkę. Jednak zdarzają się jeszcze przyjazne jednostki na tym świecie! Dziewczyna w zamian odlała mu połowę kawy, co przyjął z wdzięcznością.

I tak właśnie minął mój poranek.

A później było już tylko z górki! Zwiedziłam całą Pragę i pobliskie dzielnicę, których nie pomnę aktualnie zajęta sączeniem kawy - tym razem za 9,90 ale zrobioną i podaną z sercem w strefie z wi-fi - i pisaniem tych wspominek. Zdjęcie kawy nie omieszkałam zrobić i przekazać pozdrowienia dla super miłej Pani Dominiki! Wracając do zwiedzanych dzielnic. Natrafiałam na przyjaznych ludzi, całą trasę przegadałam o wszystkim i o niczym z moją "opiekunką", było wprost rewelacyjnie!

Nauczyłam się ostatnio coraz więcej pozytywów widzieć w życiu w Warszawie (bynajmniej MAM słoiki od rodziców, siostry i babć, których też pozdrawiam ;)), ale zew trójmiasta już mnie woła... Śni mi się morze, słońce migające wśród bałwanów fal, odbijające się od okularów "prawie jak R.B.", zapach drinków Wielkopolszczan, który spieszyli z biurowców stołecznych nad morze, by popławić się w sinicach. Ja jestem - Moi Drodzy - teraz u Was i korzystam z Waszej nieobecności! Nie wracajcie, zanim pracy tu nie skończę, bo jeszcze parę rzeczy zostało mi do zobaczenia i opisania! :)

                                                                                                              Adios Natalie

Krótka foto relacja - zdjęcia proszę dopasować do opisu u góry wg uznania:)









wtorek, 25 sierpnia 2015

Deszczowa Warszawa

Co robię jak jestem chora?

a) sprzątam
b) udaję, że nie robię nic, a w rzeczywistości ogarniam dużo
c) wymyślam zadania w pozycji siedzącej, by za dużo nie leżeć

Jeśli chociaż raz odpowiedziałaś/odpowiedziałeś twierdząco to znak, że naprawdę trzeba Cię objąć specjalną troską. I to nie koniecznie związaną z obecnym stanem grypopodobnym, ale z ogólną psychiczną naleciałością naszych czasów czyli: NieDawaniuSobiePrawaDoRelaxu.

Ach! oby to mi przeszło, bo już nie ta grypa sama w sobie mnie rozkłada, ale fakt, że trochę należy i wypadałoby odpuścić. Na razie odwołałam kino i to już moje małe zwycięstwo (chociaż dwa razy przemyślałam sprawę, bo z seansem wiązała się DARMOWA degustacja Smaków Pragi....). Poza tym dostałam zaszczytne zadanie podlewania mimozy (naprawdę ciężka instrukcja, wie ten kto sam to doświadczył!) i poinstruowania nowego współlokatora o zasadach mieszkaniowych (ale będzie miał ze mną ciężko ;)).

Na gazie tli się lekko rosół, za oknem iście szklana pogoda, a słowa same garną mi się na papier, dlatego za moje wczesno-wirusowe (albo po-wieczoro-panieńskie, gdyż członkiem zdarzyło mi się być w ten weekend) z góry przepraszam, niemniej życzę dużo zdrowia Wszystkim Wam w ten czas zmieniającej się aury!                                                                                      

                                                                                                                                           
   













                                                    Natalie

czwartek, 20 sierpnia 2015

Warszawy odsłon kilka

Dzisiejszy wpis zainspirowany został wczorajszym pokazem filmowym nad Wisłą. Okazało się, że film (Tajemnice Filomeny) widziałam, więc mogłam się bez skrępowania oddać fotografowaniu otoczenia, bez konieczności dokładnego śledzenia fabuły. Mój zmysł wzroku się wyostrzył, czułam się jak lwica szykująca się do skoku  - co by tu uwiecznić, gdzie pstryknąć, by było dobrze, ale bez tandety, co by tu objąć szczególnym zainteresowaniem....
I tak narodziła się poniższa sesja zdjęciowa.
                                  


Prolog
Chluba warszawska z innych (zgoła niezupełnie chlubnych) perspektyw - czyli o Pałacu Kultury słów kilka

 

































Akt pierwszy
O, Noco, dnia poro złota, zakryj proszę to, czego oko ludzkie nie powinno widzieć!










Didaskalia

Oda do czwartkowego lunchu za 5,40 polskich złotych.....

 (zdjęcia brak, gdyż byłam zajęta jedzeniem - nauka Babci nie poszła w las! Przy jedzeniu rozmawiamy o jedzeniu:)).

                                                                                      Miłego weekendu Wam życzę!!!!!!!!!

                                                                       


wtorek, 18 sierpnia 2015

Ogłoszenia parafialne

Kochani,

Dobrze, że zwrócono mi uwagę, że miałam zablokowaną opcję dodawania komentarzy!
Zostało to poprawione, tak więc komentujcie na zdrowie!! :):):)
   

Happy BDAY and New York!

18.08.2016 godzina wczesnowieczorna (około 20-21)

Dla Siostry - dobrze, że zdjęcia kwiatów Ciebie nie uczulają!
Dzień urodzin Siostry postanowiłam uczcić (Forevoer alone :D) w parku Szymańskiego na ulicy Moczydło. Dlaczego właśnie tutaj? Otóż poruszyła mnie dziwna warszawska koincydencja, a mianowicie 500m obok jest Park Moczydło. Dlaczego zatem ulica w parku pana Esz zyskała to miano? Zagadki nie rozwiązałam i na razie nic nie wskazuje na jej rozwiązanie. Ale popytam ławkowiczów.
A jednak! Nie nadaję się na detektywa... Okazuje się, że rozwiązanie podała mi już pierwsza zapytana osoba - pozdrawiam panią w pięknych, rudych warkoczach Pipi!! Otóż ulica cała nosi nazwę Moczydło, a w jej obrębie są aż dwa parki! Ach i to tyle zagadek na dzisiaj.
 Z poczynionych dalej obserwacji mogę przytoczyć również niezaprzeczalny fakt BRAKU ścieżek rowerowych, którymi tak szczyci się Warszawa. Byłam, zobaczyłam, nawet WYPRÓBOWAŁAM i co? 2 km trasy w "mojej" dzielnicy, a przecie Warszawa jest chyba duża, przynajmniej o ile moja wiedza geograficzna się nie zdezaktualizowała (a raczej nie, wszak to nie było tak dawno... jakieś 15 lat?:)).
Braki ścieżek można nadrobić albo:
a) jadąc wśród pędzących aut, nie uważających na maluczkich na drodze
b) jadąc wśród ludzi na chodniku, co wiąże się z wysłuchiwaniem wylewających się krytycznych uwag typu:
"a wedźże zjedź na ulicę!"
czytać: "Miałam/miałem bardzo ciężki dzień i wszystko mnie wkurza, wszystko jest do dupy, więc muszę gdzieś wylać frustrację")
albo "debilem jesteś czy co??! Tu się nie jeździ!!"
czytać: "Naprawdę nie radzę sobie ze stresem. Te wszystkie poradniki to pic na wodę, a poszło na nie kolejne 30 zł w osiedlowej bookarni. A mogłam/mogłem mieć za to..." [tu wpisać swoją ulubioną potrawę/rzecz, na którą wolelibyście wydać te pieniądze]

Dlatego z jazdą rowerem czekam na przepiękne trasy Trójmiasta! Tam to się można najeździć, a do tego po drodze mijać wiele atrakcji lodowo-gofrowo-bezalkoholowych. A po zejściu z roweru można bez skrępowania zamówić lampkę czerwonego winka i - patrząc na zachodzące nad morzem słońce - zagłębiać tajemnice życia i być otwartym na wszystkie małe przyjemności, które los przed nami stawia. Mamy je na wyciągnięcie ręki, trzeba się tylko zatrzymać, zauważyć, poczuć i wykorzystać!

                                                                                                                                                             CARPE DIEM i ADIOS! 
Ściana życzeń! I marzeń co dla poniektórych! Obyście byli w grupie szczęśliwców, którzy wierzą Co ich uszczęśliwia, bo to już pierwszy krok do rzeczywistego BYCIA SZCZĘŚLIWYM!

czwartek, 13 sierpnia 2015

Szczęściu trzeba pomóc

13.08.2015 [na pewno godzina wczesna (18:00?) bo skwar straszny!]

W urodziny zrobiłam sobie fajrant! Nie obiecywałam wszak, że będę pisać codziennie. A nie będę na pewno bo: 
                  a) nieraz (ostatnio całkiem nieraz) mam co innego do roboty
                  b) nieraz (ostatnio częściej) mam więcej tzw. pracy po pracy ( i nie chodzi                                                 bynajmniej o gotowanie, bo to zaliczam do pasji)
                  c) nieraz (okazjonalnie) po prostu mi się nie chce.

Podpatrzone w pracy motto towarzyszyło mi dzisiaj przez cały poranek: 

Jeśli jeszcze Cię szczęście nie doścignęło to dobrze! To znak wszak, że jest duże i idzie małymi krokami!

A na poważnie.... Albo nie! Po co powaga, powagę będę miała jak się zestarzeję. A nie wiem, kiedy to nastąpi. Zakupiłam (choć staram się nie pomagać w nałogach) dzisiaj koleżance malboro cienkie z zieloną kropką i nawet mnie o dowód spytano! (dziękuję Pani w Żabce! Od razu morale wzrosło poza skale!!). Bardzo się bałam, czy w trakcie wędrówki do sklepu z punktu A do B (200 m) nie zapomnę tej kropki i jakiego ma być koloru rzeczona, bo żar z nieba wypalał sukcesywnie wszystkie świeże połączenia neuronalne (szczególnie te z pamięci krótkotrwałej!!), ale nie pomyliłam się! Jedyna jeszcze dygresja do papierosów: 14.50zł!!?? Naprawdę.... Trzy magnumy! Albo 5 bochenków chleba, albo trzy trzydaniowe dania na stołówce, naprawdę..... Są granice!




Skwar istny, pracować się nie chce/ nie da/ za późno (niepotrzebne skreślić), zjadłabym - jak kiedyś w Madrycie, soczystego arbuza (nawet z ziemi....). Muszę jednak zadowolić się schłodzonym cydrem i wrócić, jak tylko odparuje mi mózg, do pracy.






W poszukiwaniu weny wracam do ratujących niejedno istnienie (no, może przesadziłam....ale na pewno - na razie - bez negatywnego wpływu na jakiekolwiek istnienie:)) wywodów na tematy ściśle tajne przez poufne!

Adiosss pięknego weeekendu życzę!!                                       Trochę wody na ochłodę na koniec:) 

       

  

wtorek, 11 sierpnia 2015

Społem expansion

11.08.2015 wieczór
     
         
 Co autor miał na myśli pozostawiając Społemy? I to w tak unikatowych miejscach jak Wola (na jednej ulicy zidentyfikowałam trzy!) i cały Białystok (albo cerkiew albo Społem przynajmniej 1 raz na ulicę!)? Zupełnie nie wiem, ale o 21 już nie były czynne, więc nawet nie mogłam zweryfikować dostępności produktów żywnościowych tudzież alkoholowych. Zostawiłam więc Społemy w spokoju i ruszyłam na poszukiwanie otwartej restauracji w mojej dzielnicy Warszawy. Lista iście Bridgetowska: 

Zaliczone restauracje 0, Zaliczone kawiarnie 0, Znalezione almost-suhi bary 1, Znalezione telepizze 2.

            Po tak marnym podsumowaniu popołudnia, zrezygnowana wróciłam do OPEN 24H na dobę baro-restauracjo-kawiarni, czyli mieszkania. 

Odżywka białkowa 1, Spagetti z susonymi pomidorami, avocado i serem kozim 1, Orzechy not applicable, Magnum tiramisu 1, Wino czerwone 0.

"Zwiedzając dzielnicę" myślałam czego się nie robi, by nie siedzieć przed ekranem monitora cały czas.Zorganizowane zajęcie musiało się upostaciować, gdyż sprzątanie (jako inne MAST pilnie DU jak jest praca!) odpadło w przedbiegach, gdyż tymczasowe lokum nie jest przedysponowane do przyjęcia mojego, trójmiejskiego rodzaju bałaganu!

Siedzę w Mławie....

10.08.2015 21.00 w porywach 22.00 (brak komórki - została w trójmieście, brak czyli zegarka:))

             Pierwszy dzień w Warszawie minął prawie jak w Mławie u Osieckiej! Czyli błaganiem nieba na rozstąpienie i zesłanie cudu, by zabrał mnie z powrotem do trójmiasta. Koszmar zaczął się już w nocy z niedzieli na poniedziałek, gdy Droga krajowa nr 7 (pięknie opisana w książce o tymże tytule) zajęła nie 3-4, ale 6 godzin. I to nie licząc przerw na stacjach benzynowych! W biegu i na wybiegu: zapiekanki ze Statoil dobre, ale te z Lotosu - no cóż. A może to zmęczenie nie pozwoliło mi się nimi w pełni rozkoszować, bo dojechaliśmy za Ostródę dopiero o 24. Następnie po pierwszej przywitała mnie Wola bardzo głośno: wszak wszyscy chcą pod oknem wykrzykiwać coś, czego powtórzyć lepiej nie będę próbować!:) Budząc lokatorów taszczeniem ciężkiej walizki (z książkami i laptopem), plecaka i siatek ikeowskich (z prowiantem) zorientowałam się, że rzeczy do ubioru zostały w Sopocie:) Tak więc w tym, co przyjechałam byłam dzisiaj w pracy. Ale nie wyprzedzajmy faktów!
Poranek szybko przyszedł - ledwo zdążyłam przyłożyć głowę do poduszki a to już 7ma! Budzik nie musiał dzwonić, skwar lejący się z nieba wystarczająco zerwał mnie z łóżka. Nie obyło się niestety bez kawy do śniadania, czego zwykle nie praktykuję, bo pierwsza kawa o 10tej smakuje najlepiej
 (i daje okazje do wstania zza biurka, więc już te pare sekund sportu dziennie mam zaliczone!)
           
           Po śniadaniu, które jechało ze mną przez .... godzin w korku, ale które jeszcze się nie rozkładało (babcine jagody, węgorz wędzony wywieziony z imprezy u rodziców, sałata rukolopodobna drugiej świeżości i pycha chleb gryczany (polecam młyn w Lipuszu!) z miodem z Grecji (polecam wyspę X, której nazwy nie wymienię, bo będzie oblegana przez turystów, zamiast - jak teraz - spokoju i ciszy:)), wszystko w asyście oliwy z orzechów włoskich i pestek dyni!), skierowałam się do firmy S. na staż.
W niespełna 7 minut, prawie zlana potem (dobrze w tym momencie, że moja termoregulacja jednak nie działa dobrze:)), stawiłam się w wycackanym holu firmy. Od razu zostałam przekazana na pierwsze piętro, gdzie dostałam kartę wstępu i ściągę z imionami i nazwiskami współpracowników (na szczęście również z fotografiami - uprzedzili fakt mojej tragicznej pamięci do Imion:)). Ale dobrze! Dostałam nawet laptopa, ale bez internetu, więc wszystkie te wspominki piszę po powrocie do domu, kolacji i pracy dla Gdańska (zlecenie wciąż robię....).

Z utęsknieniem czekałam na lunch i typowo korporacyjne "dbanie" o pracownika. Z lekkim sarkazmem - sama (wszak monitorzy nie jedzą, nie piją, tylko??....??) poszłam na stołówkę. Świeciła pustkami, więc początkowo w moje myśli wkradł się chochlik i mówił, że tu arszenik podają (co byłoby możliwe w firmie farmaceutycznej:)). Jak dobrze, że go nie posłuchałam!! Danie okazało się
a) tanie (5,40zł!!!)
b) duże (zupa 300 mL, kotlet 250g, ziemniaki 80g, sałatka 100g, fasolka 50g, lody magnum extra 4zł:))
c) sycące (mniami krem z marchwi z grzankami, sezamowy kurczak, sosy pomidorowo-oliwne, dużo przypraw do dyspozycji, różnego rodzaju oliwy - raj!:))
d) w miłym towarzystwie (na linii smsowej z Maćkiem i Mamą;))
Wyszłam pozytywnie zaskoczona i zaszedłszy jeszcze po kawę Z EXPRESU (a nie napój kawopodobny, do którego mnie uczelnia i inne moje miejsca pracy przyzwyczaiły), wróciłam na 3 godzinki pracy.


Staż okazuje się naprawdę wymagający, więc po w początkowej kolejności podskoczyłam kupić sobie chociaż trochę ciuchów na ten tydzień (wszak, jak mówiłam, walizka z ubraniami została w Sopocie:)), kawę w Costa -- late mrożoną, którą ostatnio się zachwyciłam, a która pomaga przetrwać warszawskie upały. Po krótkiej przebieżce po złotych tarasach, gdzie nie mogłam tańszego niż Mohito sklepu znaleźć, gdzie ludzi full (ciekawe co oni w poniedziałek o 17tej robią w centrach??!! Przecież wszyscy NIE MOGLI zostawić swoich walizek w domach??!!), wyszłam na skwar i rzuciwszy okiem na pałac k. (wszak nie mogę powiedzieć, że nie zwiedzałam Warszawy, jak miałam ku temu okazję:)) i czym prędzej wróciłam do tymczasowego mieszkania. Zakupy w super zaopatrzonej stokrotce lub innym kwiatku, gotowanie, kolacja i nagle dzień się skończył. Co tu kryć? Nigdy po 20tej staram się nie pracować, ale ostatnio coraz gorzej to wychodzi, zasiadłam więc ZNOWU (ukłony dla Adminów i innych komputerowców :D) do komputera i pracowałam dopóty, dopóki oczy nie odmówiły mi posłuszeństwa (czyli krótko :) ). Drugi dzień w Warszawie zapowiadał się excytująco (upał, praca, upał), więc z niecierpliwością zasnęłam, czekając co też następny dzień przyniesie! I się nie zawiodłam! cdn..... 





poniedziałek, 10 sierpnia 2015

IN-ter-Blog!

Pomysł Interbloga narodził się w nowoczesnym pociągu linii PKP. Słuchałam właśnie ciekawych przemyśleń trójki Pań (które serdecznie pozdrawiam!) wybierających się na wędrówkę do Gruzji. Spakowane w porządne plecaki, z naręczami książek w bagażu podręcznym, młode, pełne werwy kobiety, zostawiły swoje dorosłe (25+) już dzieci w domu, dorosłych (prawie?) mężów i poddały się z nadzieją stukotowi kół w pociągu na trasie Sopot-Warszawa. Darmowy napój kawopodobny z ekspresu (zaleta podróżowania pendolino! niestety bez czekoladki, wszak to druga klasa) przelały do termosów turystycznych, co by starczyło na czarną godzinę, buty na obcasach i garsonki zmieniły na luźne lniane spodnie i flanelowe koszule i wsiadły do pociągu.

Udając, że całkowicie pochłonęła mnie lektura "Guzów neuroendokrynnych przewodu pokarmowego", chciwie chłonęłam ich opowieści o przygodach, mrożących krew w żyłach spotkaniach lub zapierających dech w piersi widokach. I na trasie Sopot-Ciechanów z tego wszystkiego nawet o krok nie przybliżyłam się do pogłębienia wiedzy onkologicznej (zdołałam przeczytać dwie strony), ale za to utwierdziłam się w przekonaniu, że podróże to moje drugie życie!
Jadąc do przepełnionej atrakcjami - bynajmniej nie potrafiącymi sprostać moim wysublimowanym zmysłom (no, chyba że chodzi o doznania artystyczne w teatrach lub kulinarne w food truckach!) Warszawy, zapragnęłam uciec od zgiełku wielkomiejskiego, zaszyć się w swoim świecie i pisać, pisać, pisać! Na razie zacząć delikatnie przelewać swoje przemyślenia nie tylko na papier pamiętnika, ale również w postaci bloga. Następnie zabrać się za coś większego - książkę ze wspomnieniami, podkolorowaną nieco dla czytelników. Ale po kolei!

Czyli zaczynam od małego kroku, a raczej próby prowadzenia bloga - i Wasze komentarze i sugestie chłonąć będę z otwartym umysłem, gdyż w dużej mierze to, co zamierzam pisać, uzależnione będzie od zapotrzebowania "rynkowego". Oczywiście nie będę obowiązkowo przyjmowała wszystkich sugestii, niemniej na pewno się do nich ustosunkuję (zatwierdzając hipotezę zerową lub odrzucając ją;)).

Tym optymistycznym akcentem chciałabym zacząć moją pierwszą prawdziwą przygodę z INTERblogiem!