wtorek, 11 sierpnia 2015

Siedzę w Mławie....

10.08.2015 21.00 w porywach 22.00 (brak komórki - została w trójmieście, brak czyli zegarka:))

             Pierwszy dzień w Warszawie minął prawie jak w Mławie u Osieckiej! Czyli błaganiem nieba na rozstąpienie i zesłanie cudu, by zabrał mnie z powrotem do trójmiasta. Koszmar zaczął się już w nocy z niedzieli na poniedziałek, gdy Droga krajowa nr 7 (pięknie opisana w książce o tymże tytule) zajęła nie 3-4, ale 6 godzin. I to nie licząc przerw na stacjach benzynowych! W biegu i na wybiegu: zapiekanki ze Statoil dobre, ale te z Lotosu - no cóż. A może to zmęczenie nie pozwoliło mi się nimi w pełni rozkoszować, bo dojechaliśmy za Ostródę dopiero o 24. Następnie po pierwszej przywitała mnie Wola bardzo głośno: wszak wszyscy chcą pod oknem wykrzykiwać coś, czego powtórzyć lepiej nie będę próbować!:) Budząc lokatorów taszczeniem ciężkiej walizki (z książkami i laptopem), plecaka i siatek ikeowskich (z prowiantem) zorientowałam się, że rzeczy do ubioru zostały w Sopocie:) Tak więc w tym, co przyjechałam byłam dzisiaj w pracy. Ale nie wyprzedzajmy faktów!
Poranek szybko przyszedł - ledwo zdążyłam przyłożyć głowę do poduszki a to już 7ma! Budzik nie musiał dzwonić, skwar lejący się z nieba wystarczająco zerwał mnie z łóżka. Nie obyło się niestety bez kawy do śniadania, czego zwykle nie praktykuję, bo pierwsza kawa o 10tej smakuje najlepiej
 (i daje okazje do wstania zza biurka, więc już te pare sekund sportu dziennie mam zaliczone!)
           
           Po śniadaniu, które jechało ze mną przez .... godzin w korku, ale które jeszcze się nie rozkładało (babcine jagody, węgorz wędzony wywieziony z imprezy u rodziców, sałata rukolopodobna drugiej świeżości i pycha chleb gryczany (polecam młyn w Lipuszu!) z miodem z Grecji (polecam wyspę X, której nazwy nie wymienię, bo będzie oblegana przez turystów, zamiast - jak teraz - spokoju i ciszy:)), wszystko w asyście oliwy z orzechów włoskich i pestek dyni!), skierowałam się do firmy S. na staż.
W niespełna 7 minut, prawie zlana potem (dobrze w tym momencie, że moja termoregulacja jednak nie działa dobrze:)), stawiłam się w wycackanym holu firmy. Od razu zostałam przekazana na pierwsze piętro, gdzie dostałam kartę wstępu i ściągę z imionami i nazwiskami współpracowników (na szczęście również z fotografiami - uprzedzili fakt mojej tragicznej pamięci do Imion:)). Ale dobrze! Dostałam nawet laptopa, ale bez internetu, więc wszystkie te wspominki piszę po powrocie do domu, kolacji i pracy dla Gdańska (zlecenie wciąż robię....).

Z utęsknieniem czekałam na lunch i typowo korporacyjne "dbanie" o pracownika. Z lekkim sarkazmem - sama (wszak monitorzy nie jedzą, nie piją, tylko??....??) poszłam na stołówkę. Świeciła pustkami, więc początkowo w moje myśli wkradł się chochlik i mówił, że tu arszenik podają (co byłoby możliwe w firmie farmaceutycznej:)). Jak dobrze, że go nie posłuchałam!! Danie okazało się
a) tanie (5,40zł!!!)
b) duże (zupa 300 mL, kotlet 250g, ziemniaki 80g, sałatka 100g, fasolka 50g, lody magnum extra 4zł:))
c) sycące (mniami krem z marchwi z grzankami, sezamowy kurczak, sosy pomidorowo-oliwne, dużo przypraw do dyspozycji, różnego rodzaju oliwy - raj!:))
d) w miłym towarzystwie (na linii smsowej z Maćkiem i Mamą;))
Wyszłam pozytywnie zaskoczona i zaszedłszy jeszcze po kawę Z EXPRESU (a nie napój kawopodobny, do którego mnie uczelnia i inne moje miejsca pracy przyzwyczaiły), wróciłam na 3 godzinki pracy.


Staż okazuje się naprawdę wymagający, więc po w początkowej kolejności podskoczyłam kupić sobie chociaż trochę ciuchów na ten tydzień (wszak, jak mówiłam, walizka z ubraniami została w Sopocie:)), kawę w Costa -- late mrożoną, którą ostatnio się zachwyciłam, a która pomaga przetrwać warszawskie upały. Po krótkiej przebieżce po złotych tarasach, gdzie nie mogłam tańszego niż Mohito sklepu znaleźć, gdzie ludzi full (ciekawe co oni w poniedziałek o 17tej robią w centrach??!! Przecież wszyscy NIE MOGLI zostawić swoich walizek w domach??!!), wyszłam na skwar i rzuciwszy okiem na pałac k. (wszak nie mogę powiedzieć, że nie zwiedzałam Warszawy, jak miałam ku temu okazję:)) i czym prędzej wróciłam do tymczasowego mieszkania. Zakupy w super zaopatrzonej stokrotce lub innym kwiatku, gotowanie, kolacja i nagle dzień się skończył. Co tu kryć? Nigdy po 20tej staram się nie pracować, ale ostatnio coraz gorzej to wychodzi, zasiadłam więc ZNOWU (ukłony dla Adminów i innych komputerowców :D) do komputera i pracowałam dopóty, dopóki oczy nie odmówiły mi posłuszeństwa (czyli krótko :) ). Drugi dzień w Warszawie zapowiadał się excytująco (upał, praca, upał), więc z niecierpliwością zasnęłam, czekając co też następny dzień przyniesie! I się nie zawiodłam! cdn..... 





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz